Strona główna
Strona główna
Opowieści
Opowieści
Dobre rady
Dobre rady
Galeria
Galeria
Recenzje sprzętu
Recenzje sprzętu
Konkurs
Konkurs!
Odsyłacze
Odsyłacze
Kontakt
Kontakt
Szukaj
Expedycja Mahrab
Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku


10 listopada, Dzień 10.

Dzień zaczynamy rano, ale z Marrakeszu nie wyjeżdżamy aż do południa, bo na parkingu okazuje się, że w hostelu został notatnik, cenne źródło informacji i wspomnień. Droga do hostelu mimo wcześniejszych dwóch dni włóczenia się po Medynie okazuje się zbyt skomplikowana, żeby bez gubienia się w labiryntach szybko odnaleźć drogę. Wyjeżdżamy w końcu za granice miasta i kierujemy się na malowniczy szlak

Dość wcześnie przekonujemy się, że trasa nie sprzyja szybkiemu przemieszczaniu się. Spowodowane jest to kilkoma czynnikami: po pierwsze droga w górach to pętelka serpentyn, niedopuszczalnie wąskich, niewyobrażalnie niebezpiecznych, na których klakson to jedyny skuteczny środek do ywaniaremonialnie prosząc o prezent czy dirhama. Po trzecie, znajdując się w tak malowniczych miejscach, gdzie zieleń kaktusów przeplata się z beżem piasku, wypełniając ogromną przestrzeń wysokich gór oplątanych serpentynami dróg cieniutkich jak nić, nie sposób nie zatrzymywać się na zrobienie zdjęć, na zachłyśnięcie się widokiem, na powzdychanie, że tu tak magicznie, że tu tak cudownie, że tu tak pięknie... Góry Atlas są niesamowicie malownicze, a tutejsze widoki to wręcz gotowe pocztówki.

Po południu zatrzymujemy się w jednej z wiosek na obiad. Zamawiamy wegetariańską tagin, narodową potrawę Maroka. Tagin to nie tyle składniki, co sposób przyrządzenia dania; mięso z warzywami (w wersji wegetariańskiej tylko te ostatnie) dusi się z przyprawami na głębokim, glinianym talerzu, przykrytym stożkowatą, wysoką pokrywką. Efekt jest przepyszny! Tagin podawane jest z lokalnym chlebem, i cale danie jest bardzo sycące.

Z trasy zjeżdżamy dziś tak naprawdę raz, odbijając kilka kilometrów, aby dojechać do meczetu Tin Mal. Jest to odrestaurowany, sporych rozmiarów meczet z XII wieku. Umieszczony na takim odludziu, w tak trudnych do zdobycia terenach daje wyobrażenie jak wielkie były możliwości ludzi motywowanych chęcią podboju Czerwonego Miasta. W środku meczetu panuje niesamowita cisza i spokój, nie zakłócane żadnymi odgłosami z zewnątrz. A ciekawostką są rezydujące na rudych filarach dwie zaspane sowy.

Po kolejnych kilkudziesięciu minutach jazdy zatrzymujemy się przy samotnie stojącym budynku, który niepozorny z zewnątrz okazuje się być kawiarenką. Tutaj dowiadujemy się jak ludzie w górach funkcjonują bez elektryczności, zaspokajając się bateriami pozwalającymi na doładowanie najbardziej niezbędnych rzeczy: telefonu komórkowego, czy małego odbiornika TV.

W dalszą drogę ruszamy z dwójką nowych pasażerów; lokalną nauczycielką i jej rocznym synkiem, którzy na weekend jadą do miasta, do męża i ojca. Cała rozmowa jest niezwykle interesująca : dowiadujemy się, dlaczego kobiety marokańskie tak bardzo nie lubią być fotografowane, o tym jak żyje się w takich maleńkich osadach górskich, o tym że dym gdzieś daleko w dolinie to sygnał od pasterza dla jego rodziny oznaczający kończący się pokarm i prośbę o dostawę; a nawet o nurtujących chłopców kwestiach możliwości posiadania 4 żon. W mieście Teroduannt, już po zmroku rozstajemy się z naszymi pasażerami i w skupienia, by nie potrącić żadnego pobocznego osiołka, które zazwyczaj nagle, kilka metrów przed samochodem wynurzają się z ciemności, jedziemy aż do Sidi Ifni.

Noc jest niesamowicie wietrzna co znacznie utrudnia nam rozbicie namiotu na campingu przy plaży. Kiedy wreszcie uporaliśmy się ze sprzętem, jest już północ. Tak więc fundujemy siebie nocny spacer plażą i zmęczeni wrażeniami estetycznymi dostarczonymi przez góry Atlas, już sporo po północy, kładziemy się spać.


11 listopada, Dzień 11.

Poranek jest ciepły, choć nie upalny. Będąc jednak na pustej plaży, nie sposób nie skorzystać z okazji i zażyć porannej kąpieli w zimnym oceanie. Po kąpieli i spacerze powoli ruszamy do najbliższej restauracji na kawę.

Jest już koniec sezonu, dodatkowo sobota, całe miasteczko wydaje się być bardzo senne, ludzie snują się leniwie ulicami. Taki sam klimat znajdujemy w restauracji hotelu zmawiając z Amidou - właścicielem miejsca. Amidou jest bardzo gościnny i rozmowny, do tego stopnia, ze oferuje nam nawet pracę! Gdyby ktoś z nas chciał spędzić zimę w Maroku, to on oferuje pracę w kuchni w zamian za utrzymanie i dobre kieszonkowe.

Mimo, iż oferta kusi, idziemy na miasto pooglądać wyglądające niczym zbudowane z klocków kwadratowe domki, robimy zakupy i kiedy już jest po południu ruszamy w drogę. Postanawiamy skorzystać z rady Amidou i kierujemy się na Gulimine, z którego mamy dojechać do plaży z marzeń. Gulimine to przyjemne miasteczko, które nazywane jest bramą na Saharę. Tankujemy tutaj auto, dokupujemy trochę pieczywa i ruszamy dalej na południowy zachód.

W połowie drogi miedzy Gulimine a Plage Blanche, droga przecina prawie wyschnięte o tej porze roku koryto rzeki. Wody jest mało, a w połączeniu z piachem i skałami widok jest świetny. Z innych intrygujących zjawisk napotkanych na południu Maroka to znaki drogowe ostrzegające przed... wielbłądami! Poza tym krajobraz jest po raz kolejny inny: tym razem widzimy ogromną, ale zupełnie płaską przestrzeń. Po horyzont widać tylko suchą, zupełnie płaską glebę, z pojedynczymi objawami życia w postaci krzaczków czy 3-5 budynkowej osady, występującymi co kilkanaście kilometrów.

Około 16tej dojeżdżamy wreszcie do celu: żeby dostać się na Plage Blanche musimy pokonać jeszcze dość wyzywający dla auta zjazd w dół z płaskowyżu prosto na piaski plaży. I tutaj dostajemy zupełnej głupawki: na przestrzeni ponad 20 kilometrów ciągnie się piaszczysta, szeroka na jakiś kilometr plaża, na której nie ma żywej duszy! Jeździmy autem piszcząc ze szczęścia (to damska część teamu) i rozpryskując wodę oceanu. Potem szybko rozbijamy namiot pod ściana płaskowyżu, zupełnie zapominamy o potrzebie nazbierania chrustu i wracamy nad samą wodę, żeby kąpać się przy zachodzącym słońcu. Jest niesamowicie spokojnie, cicho i przede wszystkim niewyobrażalnie pusto.

Noc spędzamy przy żarze nie do końca udanego ogniska, gapiąc się w coś, co ponoć nazywa się niebem, ale z powodu zatrważająco wielkiej ilości gwiazd (tych spadających oczywiście też) trudno porównywać to do tego, co do tej pory było niebem. Jest wietrznie, ale ciepło, romantycznie, bajkowo i dosłownie: niebiańsko!



Do początku

Poprzednia strona
 1 2 3 4 5 6 7 8 9 
Następna strona

Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku

O tych krajach: Maroko - wrota Afryki Maroko Maroko   Pozostałe...

Opracowanie: Expedycja

Autorka zaprasza na stronę: http://expedycja06.zaile.pl/
Bardzo chętnie zamieścimy Państwa opowieść.
Wszystkie opowieści i uwagi prosimy kierować pod naszym adresem.
redakcja@tramp.travel.pl
Ostatnie uaktualnienie: 2007-10-03