Strona główna
Strona główna
Opowieści
Opowieści
Dobre rady
Dobre rady
Galeria
Galeria
Recenzje sprzętu
Recenzje sprzętu
Konkurs
Konkurs!
Odsyłacze
Odsyłacze
Kontakt
Kontakt
Szukaj
Maroko
Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku

Dolina Todra

Miasteczko Tinerhir jest chyba najlepszym miejscem noclegowym dla tych, którzy chcą zobaczyć przełom rzeki Todra. Rzeka ta stworzyła wąską i głęboką dolinę o stromych, miejscami pionowych ścianach, które sięgają nawet 300 m wysokości. W najwęższym miejscu dolina ma zaledwie 10 m szerokości. Ściany zbudowane są z czerwonych, poszarpanych skał. Jest to ciche i spokojne miejsce, idealne do odpoczynku od głośnych i, niestety, śmierdzących miast. Z Tinerhir do wylotu doliny jest około 15 km, które można przejechać taksówką (6 dh za osobę) lub przejść na piechotę. To drugie wcale nie jest takie łatwe (przynajmniej dla nas nie było), gdyż oazy ciągnące się wzdłuż rzeki co jakiś czas przegrodzone są płotami i murami, a ścieżki lubią kończyć się pośrodku niczego. Miasto Tinerhir przypadło nam do gustu także z kilku innych powodów: jest ono znacznie spokojniejsze niż inne, ze względu na niewielką ilość turystów, jaka tam się zatrzymuje na noc. Dzięki temu ceny są bardziej przystępne, naganiacze nie są aż tak uciążliwi, a ludzie sympatyczniejsi.

Ale najważniejsze to restauracja Cafe Central (znajduje się przy centralnym placu w rzędzie obok innych restauracji i hoteli). Właściciel restauracji zaczepił nas na ulicy i zaprosił do siebie. Początkowo wzięliśmy go za kolejnego naganiacza i po prostu zignorowaliśmy (to jedyna skuteczna metoda). Był jednak bardzo wytrwały i nawet pokazał nam dowód osobisty, aby udowodnić, że jest właścicielem, a nie naganiaczem. Wtedy postanowiliśmy sprawdzić, co to za restauracja. I to była bardzo właściwa decyzja. Serwują tam najsmaczniejsze jedzenie ze wszystkich miejsc, które dane nam było wypróbować! Ponadto ceny są bardzo przystępne (a my dostaliśmy jeszcze zniżkę), a prowadzący ją ludzie są bardzo sympatyczni i przyjaźni. Gdy następnego dnia ponownie poszliśmy do tej restauracji na obiad, właściciel przyjął nas jak swoich przyjaciół - od tego czasu nie płaciliśmy za kawę, herbatę i wyciskany ze świeżych owoców sok pomarańczowy! Od niego dostaliśmy także namiary na tanią wypożyczalnię samochodów w Warzazat (co okazało się kluczowe w następnej części naszej podróży).

Porannym autobusem wyruszyliśmy w dalszą drogę, jak się okazało - z przygodami. Otóż na jednym z przystanków do luku bagażowego załadowano owcę! I to dokładnie tego, w którym były nasze plecaki! Obyło się, na szczęście, bez żadnych szkód...

Warzazat i Dolina Draa

Do Warzazat pojechaliśmy jedynie po to, aby wypożyczyć tam samochód. Potrzebny był nam, aby zwiedzić doliny Draa i Dades. Wylot tej drugiej co prawda znajduje się na drodze pomiędzy Tinerhir a Warzazat, ale znacznie wygodniej ją oglądać z własnego samochodu (ma ona ponad 60 km). Poszukiwania samochodu zaczęliśmy od odwiedzenia wypożyczalni opisanych w przewodniku (i mieszczących się w centrum miasta). Jednak ceny przez nie proponowane były dla nas nie do przyjęcia. Na pierwszy rzut oka wyglądają rozsądnie, ale nie po doliczeniu ubezpieczenia i VAT-u (w sumie około 400 dh za dzień, czyli 40 USD, oprócz tego należało złożyć pokaźną kaucję). Wtedy zadzwoniliśmy do wypożyczalni wskazanej nam przez restauratora z Tinerhir. Po około 20 minutach przyjechał po nas samochód i zabrał do biura (znajduje się ono 10 min jazdy od centrum) w celu załatwienia formalności. Cena wynosiła 300 dh (30 USD) za dzień za Fiata Uno z wliczonym pełnym ubezpieczeniem. Kaucję ominęliśmy, zostawiając jeden z naszych paszportów.

Natychmiast wyruszyliśmy w kierunku Zagory. Droga wiedzie przez skaliste, powulkaniczne pustkowia, miejscami wdrapuje się serpentynami na przełęcze, aż w końcu prowadzi wzdłuż koryta rzeki Draa obrośniętego po obu jej brzegach gajami palmowymi. Zagora nie jest specjalnie ciekawym miastem, bo właściwie nie ma w nim nic atrakcyjnego. Można jednak tu łatwo zorganizować wyprawę (nawet wielodniową) wielbłądem lub samochodem terenowym na pustynię.

Największą i chyba jedyną atrakcją Zagory jest drogowskaz znajdujący się na końcu miasta i wskazujący drogę do Tombouctu - oazy w Mali. Według tego znaku jest to 52 dni wielbłądem.

Naszym następnym celem była Dolina Dades. Aby tam dotrzeć, musieliśmy wrócić do Warzazat tą samą drogą, którą przyjechaliśmy i przejechać kolejne kilkadziesiąt kilometrów. Chyba że... pojedziemy na skróty! Prostota tego planu była genialna! Co prawda droga na skróty była pistą (czyli drogą gruntową), ale samochodem da się ją przejechać. A skoro samochodem się da, to i Fiatem Uno z ładunkiem czterech osób z plecakami także. Więc wyruszyliśmy. Początkowo droga była asfaltowa, wokoło wspaniałe widoki skalistych wzniesień i zupełna cisza. Po drodze dwa razy pytaliśmy się o kierunek, za każdym razem wywołując lekkie zdziwienie, że zamierzamy przedrzeć się uno przez pistę. Ale co to dla nas. W pewnym momencie asfalt się skończył. Początkowo droga była zupełnie przyzwoita - ot, zwykła piaszczysto-kamienista droga. Piękne widoki wokoło, ślicznie świecące słońce. Później tych kamieni było coraz więcej i więcej. Prędkość, z jaka jechaliśmy, spadała. Słońce cholernie świeciło, silnik zaczynał się grzać. Ale nie poddawaliśmy się. Zachwyceni widokami wokoło napieraliśmy dalej. Tymczasem woda w chłodnicy zagotowała się (na szczęście mieliśmy zapas wody, choć nie w tym celu ją zabraliśmy), a nasza prędkość spadła do poniżej 20 km/h. Troszkę nas to niepokoiło, gdyż do przejechania mieliśmy ponad 80 km! Później było już coraz gorzej... Nie raz trzeba było wysiadać, gdyż podwoziem zahaczaliśmy o kamienie. Posuwaliśmy się w żółwim tempie, ledwie kilka kilometrów na godzinę. Zaczynało nam także brakować wody do chłodnicy - nasz samochód zużywał jej zdecydowanie więcej niż benzyny. Na szczęście po drodze w jednej z wioseczek (jeżeli tak nazwać można kilka rozrzuconych domów) znaleźliśmy studnię. Kamieni jednak na drodze przybywało i przybywało. Gdy straciliśmy jedną z opon, postanowiliśmy zawrócić. Bilans: przejechaliśmy ledwie około 20 km, a zajęło nam to ponad 2 godziny, uszkodziliśmy chyba układ wydechowy, bo samochód stał się nieco głośniejszy i wlaliśmy do chłodnicy około 10 litrów wody. Ostatecznie tego dnia, już po ciemku, dojechaliśmy do Warzazat. Jazda, mimo iż po normalnej drodze, też była atrakcją samą w sobie, gdyż światła naszego samochodu świeciły gdzieś po palmach, a pomiędzy długimi a mijania nie widać był specjalnej różnicy. Postanowiliśmy tam zanocować i do Doliny Dades pojechać następnego dnia rano. Nocowaliśmy w hotelu obok supermarketu (jeden z niewielu sklepów, gdzie można kupić piwo!) za 35 dh (3,5 USD) za osobę. Zgodnie z planem wyjechaliśmy rano, aby mieć jak najwięcej czasu na miejscu. Po drodze jeszcze natknęliśmy się chyba na fałszywych autostopowiczów - stali obok samochodu z podniesioną maską i pokazywali, że potrzebują wody do chłodnicy. Czytaliśmy o takich sytuacjach w przewodniku i nie chcieliśmy się zatrzymać, bo kończy się to zwykle namolną sprzedażą dywanów. Goście jednak byli bardzo zdeterminowani, bo wyszli dokładnie przed maskę i mało brakowało, a byśmy jednego z nich rozjechali. Gdy daliśmy im jedną butelkę z wodą, zmienili wersję i teraz samochód był już zupełnie popsuty i wymagał pomocy mechanika. Jakoś nie daliśmy im wiary...


Do początku

Poprzednia strona
 1 2 3 4 5 6 7 
Następna strona

Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku

O tych krajach: Expedycja Mahrab Maroko - wrota Afryki Maroko   Pozostałe...

Tekst i zdjęcia: Beata i TomeK

Autorzy zapraszają na stronę: http://www.maroko2002.republika.pl
Bardzo chętnie zamieścimy Państwa opowieść.
Wszystkie opowieści i uwagi prosimy kierować pod naszym adresem.
redakcja@tramp.travel.pl
Ostatnie uaktualnienie: 2003-11-24