
Iran to dziwny kraj - z jednej strony rewizje, kontrole na drogach i tym podobne uroki państwa policyjnego. A z drugiej niesamowita gościnność ludzi. Nasza przysłowiowa staropolska gościnność to nic specjalnego - swoją Irańczycy po prostu wcielają w życie.
Idąc w Yazd ulicą spotkaliśmy dwóch gości, zapytaliśmy, czy wiedzą gdzie znajduje się więzienie Aleksandra. Grzecznie nam wskazali drogę, po czym wymieniliśmy się adresami - oni dali nam telefon do swego domu w Teheranie i poprosili, abyśmy się z nimi umówili, gdy będziemy w Teheranie, to pokażą nam miasto.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Teheranie i zgodnie z ich prośbą zaryzykowaliśmy i umówiliśmy się na zwiedzanie miasta. Jakie było nasze zdziwienie, gdy pod nasz hotel podjechali samochodem i oświadczyli, że nie będziemy nocować w hotelu tylko u nich w domu. Lekki strach nas obleciał, ale zaryzykowaliśmy. W końcu pakować się do domu, do obcych ludzi to nie przelewki. Jakie było nasze zdziwienie, gdy przyjęli nas jak domowników, gdy jeździli z nami zwiedzać miasto i gdy braliśmy udział we wszystkich rodzinnych zgromadzeniach.

O gościnności Irańczyków mogliśmy się przekonać w inny jeszcze sposób, gdy z naszą zaprzyjaźnioną rodziną udaliśmy się na wieczorny spacer. Chodząc sobie niespiesznie po willowej dzielnicy, gdzie mieszkaliśmy, napotkaliśmy inną rodzinkę. I tak od słowa do słowa rozmowa między naszymi rodzinami nabrała tempa. Po półgodzinnym dialogu pozostało tylko ustalić, u kogo spotykamy się na dalsze pogaduchy. Spotkanie nasze odbyło się o 22, a już na 23 umówiliśmy się u świeżo poznanej rodziny. Szybko poszliśmy do domu z naszymi gospodarzami, pośpieszne poprawienie toalety i na 23 byliśmy w gościnie. Przy owocach, herbacie i ciastkach czas nam miło zleciał do 1 w nocy. Dłużej nie mogliśmy siedzieć, bo przecież rano nasi gospodarze udawali się do pracy.