Strona główna
Strona główna
Opowieści
Opowieści
Dobre rady
Dobre rady
Galeria
Galeria
Recenzje sprzętu
Recenzje sprzętu
Konkurs
Konkurs!
Odsyłacze
Odsyłacze
Kontakt
Kontakt
Szukaj
Kilimandżaro - spełnione marzenie
Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku

Kilimandżaro od dziecięcych lat kojarzyło mi się z ośnieżoną górą, u podnóża której filmowano stada zebr i słoni. Był to dla mnie zawsze nierealny obraz - śnieg i afrykańskie zwierzęta na sawannie... Ale obraz tej góry zawsze wywoływał jednoznaczne skojarzenie: O! Afryka! Potem wszelkie opowiadania i legendy na ten temat budziły emocje, strach i respekt.

Kiedy kolejny raz byłam w Nairobi, pomyślałam, że muszę wejść na Kilimandżaro. W marcowe przedpołudnie udało mi się załatwić wszelkie formalności związane z wyjazdem do Tanzanii i z samym wejściem na Kilimandżaro. Z nieba lał równikowy deszcz, ulice zamieniały się w rzeki. Przemoczona do suchej nitki, ale szczęśliwa jak dziecko, wracałam boso do hotelu. Przeskakiwałam przez kałuże, buty trzymając w ręku. Załatwienie wspinaczki w tak krótkim czasie wymagało ode mnie nie lada determinacji, miałam tylko 7 dni do powrotu do Polski, a wszystkie sprawy załatwiane w Kenii wymagają czasu, aby nabrać powagi. Wyjeżdżając z Polski, brałam pod uwagę zdobycie Kilimandżaro, ale to była tylko mrzonka.. Jednakże rzucone przez przyjaciół przy pożegnaniu: "Powodzenia na Kilimandżaro", brzmiało mi w uszach przez cały pobyt, nie dając o sobie zapomnieć. Ale oni znali moje tęsknoty.

Jak się potem okazało, moje wyobrażenie o śniegu i mrozie w Afryce na równiku, mijało się z rzeczywistością. Wzięłam ze sobą polar, kurtkę z goretexu, wełniane rękawiczki, czapkę, skarpety i trapery. Śpiwór pożyczyłam w biurze w Nairobi. Po przyjeździe z Nairobi do Tanzanii noc poprzedzającą wyprawę spędziłam w małym hoteliku w Moshi. Do zmroku siedziałam na tarasie, patrząc na Kilimandżaro i wciąż nie dowierzając, że to może się udać. Popołudnie było słoneczne, widoczność bardzo dobra - podobno jest niewiele dni w roku, kiedy po południu widać szczyt. Wpadłam w głęboką zadumę, wyobrażając sobie bohatera Hemingwaya umierającego na zboczu Kilimandżaro...

Nagle ktoś przerwał mi samotność: "Cześć, podobno jutro idziemy razem?". Pat i Jerry. Obaj Amerykanie. Jeden mieszka w Szwajcarii, drugi w Japonii. Przyjaciele ze szkolnej ławki, wpadli na tydzień do Afryki, aby spotkać się i zdobyć Kilimandżaro. Z naszej krótkiej rozmowy nie trudno było wywnioskować, że zdobywali nie jeden szczyt na świecie. Trochę zwątpiłam: co ja tu właściwie robię? Około dwudziestej przyszedł przewodnik wyprawy na Kilimandżaro, Bongo. Powitał nas serdecznie i wesoło, po czym podał godzinę naszego spotkania: "Siódma rano! Hakuna matata!" - rzucił na koniec.

Rano szybki prysznic, gorąca kawa, na którą akurat zjawił się Bongo. "Czy chcesz zjeść z nami jajecznicę?" - zapytał Pat. "Nie, dzięki. Nigdy nie jem dużo przed wejściem. Potem tak, to zrozumiałe. Gdy wracam do domu z Kilimandżaro, tracę 7 kilo."

Za chwilę podjechał stary landrover. Do punktu rozpoczęcia wejścia jechaliśmy wciąż pod górę około półtorej godziny, obserwując zbliżający się szczyt Kilimandżaro. Mijaliśmy afrykańskie wioski tonące w bananowych gajach i ludzi idących do kościoła. Była niedziela. Dzieci cudownie wystrojone: chłopcy w zielonych sweterkach z wyłożonymi białymi kołnierzykami i krótkich spodenkach, dziewczynki w koronkowych sukieneczkach o cukierkowych kolorach, włosy misternie pozaplatane i upięte. Budujący widok, gdy cała afrykańska rodzina idzie do kościoła: rodzice i gromadka uśmiechniętych dzieci! Nie było osoby, która nie pozdrowiłaby nas machając ręką.

Gdy dojechaliśmy do bramy Parku Kilimandżaro, Bongo wyskoczył pierwszy, pokazał nam miejsce zbiórki i poszedł załatwić formalności. Wokoło był tłum Afrykańczyków, z trudem udało mi się wyłowić kilka białych twarzy. Sądziłam, że ci czarni to też turyści. "Niezła masówka"- pomyślałam. Jak się potem okazało, byli to tragarze, którzy pojawiają się tu każdego ranka z nadzieją, że może tego dnia przewodnik zaangażuje ich na 5-dniową wyprawę. To jest ich "być albo nie być".

Pierwsze dwa dni podziwiałam drogę wiodącą wśród różnorodnej roślinności. Pierwszy dzień - las tropikalny. Droga jest szeroka, wilgotna. Buty się ślizgają. Drzewa są wysokie, zwisają z nich liany. Zdrewniałe paprocie, rozmaitość krzewów i traw. Las pachnie wilgocią, z głębi dochodzą śpiewy ptaków i wrzaski małp. Jestem zafascynowana tą tajemniczą scenerią. Dopiero po godzinie rozpoczynam rozmowę z Bongiem. Jest teraz bardzo wesoły, ciągle chichocze. Tragarze idą równym, wolnym tempem, nie zatrzymując się ani na moment. Po pięciu godzinach wędrówki i pokonaniu ok. 1000 m wysokości dochodzimy do punktu Mandara. Nad chatami unosi się mgła, dym i zapach ogniska. Tragarze dotarli tu już przed godziną, teraz zamienili się w kucharzy. Ożywieni śpiewają, wciąż mieszając w ogromnych kotłach. Na ruszcie pieką mięso. Zaraz po dotarciu do chat dostajemy herbatniki i gorącą herbatę. Zapada zmrok. Kucharze wciąż gotują. Poruszają się tanecznym krokiem, z odległości paru metrów wyglądają jakby nad ogniem odprawiali czary.

 1 2 
Następna strona

Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku

O tych krajach: Afryka dla początkujących - Północna Tanzania i Zanzibar 2005 Droga przez malarię Afryka Wschodnia   Pozostałe...
Tej autorki: Ostatnie wielkie safari XX wieku Zanzibar - zapachy Afryki

Opracowanie: Dorota Katende
Bardzo chętnie zamieścimy Państwa opowieść.
Wszystkie opowieści i uwagi prosimy kierować pod naszym adresem.
redakcja@tramp.travel.pl
Ostatnie uaktualnienie: 2002-11-17