Strona główna
Strona główna
Opowieści
Opowieści
Dobre rady
Dobre rady
Galeria
Galeria
Recenzje sprzętu
Recenzje sprzętu
Konkurs
Konkurs!
Odsyłacze
Odsyłacze
Kontakt
Kontakt
Szukaj
Marokańska pustynia - po raz pierwszy
Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku

W Maroku jesteśmy już prawie dwa tygodnie. Zdążylimy się już nieco przyzwyczaić do arabskiego świata, co nie znaczy, że przestał nas zaskakiwać. Po prostu tutejsi ludzie, gwar, kolory, nawet zapachy medin przestały być takie obce. W naszej podróży podążamy wciąż na południe. Liczymy na to, że uda nam się poznać jeszcze jedno Maroko, odmienne od tego, które zobaczyć można w Tangerze, Fezie, czy Marakeszu.


Podróż na południe

Po pustyni obiecujemy sobie wiele. Autobus, który ma zawieźć nas na południe, budzi obawy: czeka nas dwunastogodzinna nocna jazda w tłoku, siedzimy z tyłu z podkurczonymi nogami. Jednak nie mamy wyjścia. Nasze bagaże lądują na dachu. Po kilku godzinach, w środku nocy dłuższy przystanek. Nie wychodzimy z autokaru, jest ciemno i duszno. Zresztą nie ma po co. I tak zaraz będziemy świadkami zwykłego tu przedstawienia: przez drzwi do środka ładują się drobni handlarze, często dzieciaki, wciskając owoce, gumy do żucia, wachlarze. Jako jedyni biali jesteśmy atrakcją - łatwo nikt z nas nie zrezygnuje. Po handlarzach czas na kaleki bez rąk, ślepców, wszystkich pokrzywdzonych przez los, którzy melodyjnie wypowiadając stosowne fragmenty Koranu domagają się jałmużny - to przecież obowiązek każdego muzułmanina. Kierowca daje znak, czas kończyć ten kilkunastominutowy spektakl. Jeszcze nieraz będziemy w nim uczestniczyć, teraz ruszamy dalej.

Nad ranem to, na co czekaliśmy - górzysty, piaszczysty pejzaż, gdzieniegdzie palmy, co pewien czas wiejska osada z lepiankami ze słomy i gliny. Jest gorąco, choć koło 6.00, ale tak naprawdę dopiero się zaczyna.


Chwila w Risani

Wreszcie Risani. Po drodze, jeszcze w autobusie, rezygnujemy z kilku "propozycji nie do odrzucenia": naganiacze zachwalają "najtańszy" dojazd do Ergu Chebbi. Wysiadamy na wielkim placu, gdzie o tej porze jeszcze pusto i leniwie. Oblepiają nas muchy, zaczyna męczyć upał. Musimy czekać - to już nikogo nie dziwi. W pobliskim kantorku jednego z autobusowych przewoźników łazi po ścianie 9-centymetrowy robal podobny do latającego karalucha. Nasze zainteresowanie nim wywołuje salwy śmiechu. Do robali też można przywyknąć - po trzech tygodniach marokańskiej wyprawy nawet nie drgnę, gdy w kawiarni zleci mi taki karaluch na głowę.

Czekamy jeszcze tylko chwilę, bo już - jak zwykle - są chętni, by się nami zająć. Jeden z naganiaczy (po krótkim czasie łatwo można ich rozpoznać z daleka: to mniej więcej 20-latkowie, choć często też dzieci, w T-shirtach i dżinsach, zaczepiający po angielsku lub w dowolnym innym języku, świetnie zorientowani nie tylko gdzie najlepiej zjeść i gdzie najtańszy hotel w okolicy, ale i kto jest prezydentem TWOJEGO kraju) zaprasza nas na herbatę do pobliskiego sklepu z suwenirami (potem za nią oczywiście płacimy) i obiecuje znaleźć taksówkę, która zawiezie nas dalej, do Merzougi.

Z herbatą marokańską jest trochę tak, jak z samym Marokiem - niby znany smak, ale jednak egzotyczna. To mocno zaparzona zielona herbata z miętą, bardzo słodka (ale smakuje nawet tym, którzy piją gorzką) i wrząca, nalewana w tradycyjny sposób z imbryka, choć często podawana zwyczajnie, w szklance. Za nią ponoć tęsknią Marokańczycy w Europie, bo picie herbaty ma tutaj w sobie coś z obrzędu. Jednak im dalej na południe, tym bardziej przypomina po prostu słodką miętę i to rozcieńczoną, lecz cóż, tu zawsze jest krzepiąca.

 1 2 3 
Następna strona

Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku

O tych krajach: Expedycja Mahrab Maroko - wrota Afryki Maroko   Pozostałe...
Tej autorki: Grecja biało-niebieska Klasztory Meteory

Opracowanie: Marta Danowska
Bardzo chętnie zamieścimy Państwa opowieść.
Wszystkie opowieści i uwagi prosimy kierować pod naszym adresem.
redakcja@tramp.travel.pl
Ostatnie uaktualnienie: 1998-01-01