Strona główna
Strona główna
Opowieści
Opowieści
Dobre rady
Dobre rady
Galeria
Galeria
Recenzje sprzętu
Recenzje sprzętu
Konkurs
Konkurs!
Odsyłacze
Odsyłacze
Kontakt
Kontakt
Szukaj
Wyprawa do amazońskiej dżungli
Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku

W dżungli amazońskiej można przeżyć wiele ciekawych przygód: łowić piranie, spotkać szamana, mieć wizje po wypiciu specyfiku o nazwie aya-huasca, pływać w Amazonce z delfinami, przedzierać się z maczetami przez dziką dżunglę. To wszystko przydarzyło się nam w ciągu zaledwie 4 dni, które spędziliśmy w peruwiańskiej części tego niezwykłego ekosystemu.

Do Iquitos przylecieliśmy samolotem peruwiańskich linii AeroContinente z Limy. Jest to 400-tysięczne miasto w środku amazońskiej dżungli, nie mające połączenia ze światem drogą lądową. Można się tam dostać jedynie drogą powietrzną lub rzeką Ucayali z miejscowości Pucallpa. Pierwszym szokiem, jaki przeżyłem, było samo wyjście z klimatyzowanego samolotu na płytę lotniska. Nagle buchnęło na nas czterdziestostopniowe powietrze o wilgotności dochodzącej do 100%. W takim upale przez pierwszych kilka chwil trudno złapać oddech, ale na szczęście w krótkim czasie nasze organizmy przyzwyczaiły się do tak odmiennych warunków klimatycznych. Na lotnisku napadło na nas kilkudziesięciu "naganiaczy", proponując taksówki, hotele, wyprawy do dżungli. Mówili jednocześnie, jeden przez drugiego, oczywiście po hiszpańsku, zachwalając warunki w hotelach i coraz bardziej obniżając ceny. Byliśmy bardzo zdezorientowani, ale na szczęście z pomocą przyszedł nam policjant, który zaprowadził nas do lotniskowego komisariatu.

Tam kolejny "naganiacz", tym razem pod protektoratem policji, przedstawił nam swoją ofertę. Byliśmy tą całą sytuacją tak zaszokowani, że przyjęliśmy propozycję. Poproszono nas do samochodu i zawieziono do hoteli w centrum Iquitos. Tam od razu przedstawiono nam plan, na szczęście po angielsku, 3-dniowej wyprawy do dżungli. Po wynegocjowaniu ceny zostaliśmy wsadzeni do oryginalnej taksówki - motocaru, czyli motocyklu z dwoma kółkami z tyłu, których kierowcy noszą śmieszne okulary "pilotki". Taksówkarze ci dla uatrakcyjnienia przejazdu urządzają często wyścigi, co nie jest niczym niezwykłym, bo i tak w Iquitos każdy jeździ jak chce, gdyż nie istnieją żadne przepisy drogowe ani pasy ruchu. Ze względu na położenie Iquitos trudno transportować tu samochody, dlatego są one nieliczne.

Gdy tylko szczęśliwie dotarliśmy do portu, wsadzono nasze bagaże i nas do łodzi motorowej. Poznaliśmy naszego przewodnika, który nazywał się Titto i pochodził z Limy. By zostać przewodnikiem w dżungli, musiał przez pół roku mieszkać w wiosce indiańskiej bez kontaktu z cywilizacją.

Po wypłynięciu zobaczyliśmy przy jednym z brzegów Amazonki dziesiątki starych, odrapanych statków parowych - takich, jakie czasami są pokazywane na filmach o Missisipi lub rzekach Australii w XIX wieku. Titto powiedział nam, że statki te pływają w porze deszczowej, gdy poziom wód Amazonki jest wyższy o 15 metrów. Do miejsca, w którym mieliśmy nocować, było około 120 km w górę rzeki. Przepłynięcie tego kawałka najdłuższej rzeki świata zajęło nam 3 godziny. W tym miejscu Amazonka osiąga szerokość ponad 1 km. Wpłynęliśmy w jeden z jej dopływów - Yanayaca. Wielkie wrażenie zrobił na mnie kolor porastającej brzegi roślinności. Tak soczystej zieleni nie widziałem nigdy w życiu! Tu właśnie zaczęło się nasze spotkanie z najprawdziwszą amazońską dżunglą.

Jedną z ciekawych przygód, jaką przeżyliśmy mieszkając nad brzegiem Amazonki, było łowienie piranii. Ogromnie zaskoczyło mnie już to, że gdy wieczorem popłynęliśmy w dół Yanayaki, ryby same wskakiwały do łódki! Przy mulistym brzegu kierujący Indianin zatrzymał łódkę. Titto dał nam wędki i kawałki ryb na przynętę. Zarzuciliśmy wędki i po krótkiej szarpaninie w wodzie pierwsza pirania została złowiona. Nie za każdym jednak razem udawało nam się je wyłowić, gdyż są to dość sprytne ryby i często zdarzało się tak, że po zjedzeniu przynęty uciekały nie nabijając się na haczyk. Titto wziął jedną piranię do ręki i pokazał nam jej malutkie, lecz bardzo ostre zęby. Ryby te trzeba umieć odpowiednio chwycić, ponieważ ich łuski skierowane są ostrzem w jedną stronę i można się łatwo skaleczyć. Po około półgodzinnym łowieniu mieliśmy w łódce 11 piranii i 15 ryb innych gatunków, co bardzo dziwiło Francuzkę, która była z nami - jej nie udało się nic złowić.

Kiedy wracaliśmy z połowu, mieliśmy okazję zobaczyć kajmany. Jest to gatunek krokodyli żyjący w tym rejonie świata. W nocy kajmany wychodzą z ukrycia, by polować, co też udało nam się zobaczyć. Kiedy płynęliśmy Yanayaką przy brzegu właśnie żerowały kajmany. Titto postanowił jednego z nich złapać i w tym celu zaświecił mu latarką prosto w oczy. Oślepiony kajman nie uciekał i wtedy można było do niego podpłynąć. Udało się go złapać. Na szczęście był to młody "krokodylek" - długości około 40 cm. Dorosły osiąga 3,5 metra. Po zrobieniu zdjęć kajman został wpuszczony z powrotem do rzeki i odpłynął, machając charakterystycznie swoim ciemnozielonym ogonem.

 1 2 
Następna strona

Zagłosuj na tę publikację | Zasady konkursu | Wersja do druku

O tych krajach: Przez Peru i Boliwię Konkwista on-line! Szlakami w Peru i Boliwii   Pozostałe...

Tekst: Tomasz Cukiernik

Autor zaprasza na stronę: http://tomcuk.w.interia.pl
Bardzo chętnie zamieścimy Państwa opowieść.
Wszystkie opowieści i uwagi prosimy kierować pod naszym adresem.
redakcja@tramp.travel.pl
Ostatnie uaktualnienie: 2000-11-19